Wielki Heinz.

Październik 20, 2014

Dzięki wspomnianym w poprzednim wpisie IOM w Zielonej Górze miałem przyjemność podyskutować z Christophem Hartmannem (oboista Berliner Philharmoniker) na temat amerykańskiej i europejskiej szkoły gry na oboju. W tego typu dyskusjach uczestniczyłem, osobiście i poprzez fora internetowe, od wielu lat. Zresztą jeszcze w czasie studiów niejednokrotnie rozmawiałem na ten temat z Tytusem Wojnowiczem. Konkluzja zawsze jest ta sama: prędzej czy później rozmowa schodzi na Heinza Holligera. Nie inaczej potoczyła się rozmowa z Hartmannem.

Może już zdążyliście zauważyć, że jestem miłośnikiem amerykańskich oboistów, a może raczej amerykańskiej szkoły gry na oboju. Trochę to przewrotne, gdyż tą szkołę stworzył Francuz, a jej największymi gwiazdami aktualnie są Brazylijczyk, Rosjanin i Chińczyk. Otóż przyjechałem na IOM 2014 aby zaprezentować w skrócie cechy charakterystyczne brzmienia oboju amerykańskiego.

Pierwszy znak, że jest to niezbyt poważany temat pojawił się, kiedy to w dniu mojego wykładu Christoph przeglądał plan kursu napisany po polsku i zapytał o mój wykład. Kiedy usłyszał o czym ma być rzecz, skwitował to krótkim, acz wyraźnym dźwiękiem „pfff”. Nie byłem tym zdziwiony, sprawa oczywista (vide moje dyskusje na ten temat z różnymi oponentami). Poprowadziłem swój wykład, uczestnicy wysłuchali.

Powróciliśmy z Christophem do tematu przy okazji rautu zorganizowanego po koncercie w Filharmonii Zielonogórskiej. Usłyszałem podczas tej rozmowy wiele stwierdzeń, które uważam, że są ważne, dlatego postanowiłem je tutaj zapisać i oprawić komentarzem.

Pierwsza rzecz jaką usłyszałem to stwierdzenie, że „Amerykanie mają podstawowy problem, którym jest fiksacja na punkcie Marcela Tabuteau, a przecież on był złym oboistą”. Podczas rozmowy uznałem, że nie ma co już przekonywać osoby o tak silnie wyrobionych poglądach, zwłaszcza, że nie było warunków aby przeanalizować nagrania, opisy, etc. Niemniej kiedy usłyszałem to stwierdzenie, to powróciła do mnie echem inna wypowiedź:

Amerykański sposób gry ma swój początek w czasach, kiedy Marcel Tabuteau, francuski oboista, przeniósł się z Paryża do Stanów. Były to lata, gdy Amerykanie tworzyli potęgę orkiestrową. W Nowym Jorku od 1928 do 1936 roku działał Toscanini, a w 1930 roku zbudowano Carnegie Hall, z Europy sprowadzano wybitnych muzyków. Tabuteau zorientował się, że w klimacie amerykańskim nie działałyby stroiki francuskie, więc stworzył nową szkołę gry, wymyślił nowe stroiki i nowy sposób grania. Wszyscy znani oboiści amerykańscy wywodzą się od niego.

Wyrocznią w tym względzie jest John Mack, już na emeryturze, który był pierwszym oboistą w Cleveland i wszystko, co kiedykolwiek mówił, uchodziło za niepodważalną prawdę. Wydał płyty, na których gra sola orkiestrowe i wyjaśnia, jak to trzeba robić.

„Wyrocznia, niepodważalna prawda”. Wiecie czyja to wypowiedź? Mojego profesora – Tytusa Wojnowicza (tutaj całość). Jeśli nie wiecie, to Tytus Wojnowicz studiował u Heinza Holligera. I tutaj koło trochę się zamyka. Dwa światy stojące w opozycji, dwie różne filozofie.

Rozmowa z Hartmannem toczyła się dalej. Padły stwierdzenia dotyczące jakości dźwięku. Przypomniało mi się, że Heniz Holliger zasłynął tym, że podczas dyskusji bezpośrednich z amerykanami rzekł im, że są „tone junkies” co można przetłumaczyć, że są „dźwiękoholikami”. Riposta brzmiała: „it’s better to be a tone junkie than to have a junkie tone” (lepiej być „dźwiękoholikiem” niż mieć „śmieciodźwięk”). Moim zdaniem poziom tej dyskusji pogrąża obydwie strony. I tutaj zmierzam do sedna sprawy, ale do puenty dotrzemy dopiero za chwilę.

Kiedy powiedziałem Christophowi, że czasami Holliger brzmi w sposób trudny do zaakceptowania, odpowiedział, że Heinz zawsze brzmi wspaniale. Wspomniałem o nagraniu 12 fantazji solowych Telemanna, moim zdaniem, najbardziej dyskusyjnego brzmieniowo. Odpowiedź była taka, że przy takiej liczbie nagrań, jakie dokonał Heinz, niektóre są lepsze a niektóre gorsze. Owszem, zgadzam się, niemniej co z poprzednią wypowiedzią?

Oznajmiłem, że Holliger dosyć dziwnie potrafi brzmieć w orkiestrze. Christoph odpowiedział, że Heinz nigdy nie grał z orkiestrą. Przytoczyłem konkretną pozycję wydawniczą. Okazało się, że nie słyszał.

Do czego zmierzam. Otóż chodzi mi o poziom rozmowy. Albo dyskutujemy na poziomie jaki można nazwać dyskusją akademicką, naukową, albo jako fani dwóch różnych opcji. Bardzo cierpię z powodu braku sznytu naukowego w świecie instrumentalistów. „Kocham/nie kocham” nie doprowadzi nas nigdy do stwierdzeń otwierających nas na nowe, twórcze rozwiązania. Jeżeli pada tak poważny zarzut jakim jest stwierdzenie, że ktoś był złym muzykiem, to bardzo proszę o konkretne fakty, poparte dowodami. Proszę też o definicję tego kim jest „zły muzyk”. Trudno mi zaakceptować takie stwierdzenie w stosunku do osoby, która miała tak wspaniałą, można spokojnie rzec, legendarną karierę. Oczywiście jest też niedyskusyjna kwestia gustu, lecz są pewne niepodważalne kwestie dotyczące wykonawstwa.

Heinz Holliger jest artystą wybitnym. Jest legendą, człowiekiem – instytucją. Jego dorobek w dziedzinie obojowej to zaledwie część jego spuścizny, a już to samo jest dziełem gigantycznym, niedoścignionym. Stworzył własne obojowe uniwersum. Jest rozpoznawalny niezależnie od tego czy gra Bacha, Mozarta czy Cartera jako solista, kameralista czy członek orkiestry. Czy ta koncepcja jest lepsza od amerykańskiej? Dla wielu to właśnie Holliger jest wyrocznią, zna sposoby rozwiązania dla każdej frazy, każdego zdania muzycznego. Jest w swoim stylu bezkompromisowy i myślę, że to stąd właśnie bierze się tak ostra dyskusja pomiędzy tymi, którzy go uwielbiają, a tymi którzy uwielbiają go mniej (bo przecież trudno będąc oboistą Holligera nie uwielbiać).

Czy da się pogodzić ogień z wodą? Zakopać pęknięty stroik niezgody?

Moim zdaniem idealny oboista powinien potrafić zagrać w każdym stylu, powinien być jak aktor, który potrafi wcielić się w różne role. Powinien mieć swój styl, niemniej na tyle transparentny, żeby nie przysłaniał dzieła. No i test ostateczny – jeżeli masz swój styl, to czy potrafisz go wyłączyć? Czy potrafisz naśladować cudzy styl?

Postawa Holligera to postawa reżysera występującego na scenie – totalnego twórcy, przy którym nazwiska kompozytorów takich jak Mozart czy Bach na afiszu drukuje się mniejszym fontem. Kiedy gra koncert to się idzie na Holligera a nie na Lutosławskiego (byłem!).

Marcel Tabuteau i jego następcy to głownie muzycy orkiestrowi. Daleko im do afiszów solistycznych. Tylko koneserzy wiedzą, że np. Reiner + CSO to Ray Still. Ci muzycy nie są wymienieni indywidualnie we wkładkach do płyt. Być może to właśnie tak oburza europejskich dyskutantów, gdyż to są dwie zupełnie nieporównywalne kategorie – solista i muzyk orkiestrowy. To tak jakby porównywać Oistrakha ze skrzypkiem z drugiego pulpitu pierwszych skrzypiec jakiejś orkiestry filharmonicznej.

Jest to temat wywołujący wiele płomiennych dyskusji.

Na koniec ciekawostka. Holliger poślubił harfistkę. Ze znanych mi oboistów zrobili podobnie Stanisław Malikowski i Adam Halicki. Przypadek?

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Wielki Heinz.”

  1. Asiaa Says:

    Schellenberger tez poslubil harfistke!!! 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: